Ile prawdy jest w postprawdzie?

DSCF9673

Rafał Sobczak

„Postprawda” to słowo, które ostatnimi czasy robi sporą karierę. Przez kolegium Słownika Oksfordzkiego zostało nawet wybrane słowem roku 2016. Drugim słowem, które powróciło ostatnio do łask, jest słowo „populizm”. Na ile jednak sensowne jest używanie tych pojęć w stosunku do obecnie obserwowalnych zjawisk społecznych i politycznych?

Według definicji oksfordzkiej, z postprawdą mamy do czynienia wówczas, gdy “obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej, niż odwołania do emocji i osobistych przekonań”. I tu pojawia się mój problem z tym słowem. Kierowanie się emocjami zamiast rozsądkiem wśród ludzi nie jest bowiem żadnym nowym zjawiskiem, przeciwnie, jest czymś, z czym właściwie zawsze mieliśmy mniej lub bardziej do czynienia. Z resztą samo pojęcie „postprawda” zdaje się pretendować do miana bycia czymś więcej niż w istocie jest, bo choć przedrostek „post” może brzmieć naukowo, samo słowo nie wydaje się mieć za dużo sensu, cóż bowiem może być „po” prawdzie?

Nie ma przypadku w tym, że słowa „postprawda” i „populizm” zaczęły być tak powszechnie używane w zeszłym roku. To właśnie wtedy miały miejsce dwa ważne wydarzenie polityczne: referendum w sprawie Brexitu zakończone decyzją Brytyjczyków o opuszczeniu zjednoczonej Europy i wygrana Donalda Trumpa w wyścigu prezydenckim w Stanach Zjednoczonych. W moim odczuciu powtarzanie tych dwóch słów jak mantry, z jakim mieliśmy do czynienia, to obraz bezradności tzw. „liberalnego” establishmentu, który przez lata, m.in. z pomocą dużych koncernów medialnych kształtował politykę i nagle w dużej mierze stracił kontrolę nad opinią publiczną. Establishment ten może do znudzenia powtarzać hasła o „postprawdzie”, prawda jest jednak taka, że decyzje polityczne z zeszłego roku nie były wynikiem zakrojonej na dużą skalę kampanii kłamstw, a jedynie jasnym sygnałem, że ludzie oczekują zmian. Już od kilku lat coraz bardziej powszechne stawały się nastroje antyestablishmentowe. Poprawność polityczna zaczęła być irytująca, a multikulturalizm przyniósł krwawe żniwa, co poskutkowało powszechnym strachem i doprowadziło do tego, że wielu ludzi zapragnęło powrotu do tradycyjnych wartości, a część zaczęła się wyraźnie radykalizować. Naturalnie na tej fali pojawili się liderzy, którzy potrafili te nastroje przekuć na poparcie dla siebie czy swojej opcji politycznej, uderzając przy tym w ton populistyczny. Doprowadziło to także do sytuacji, w której prosty, żeby nie powiedzieć prostacki język przestał być powodem do wstydu, a zaczął być cnotą, ponieważ zwykli ludzie poczuli, że w końcu ktoś mówi ich językiem i „nie owija w bawełnę”. Poza tym, w natłoku pustosłowia, które politycy opanowali przez lata do perfekcji, człowiek mówiący prosto zwyczajnie zaczął się wyróżniać.

Trzeba przy tym zaznaczyć, że przedstawiciele mediów tradycyjnych powinni być ostatnimi do wypowiadania się na temat wpływania na opinię przez emocję a nie przez fakty, bo to oni od lat dokładnie to robią – manipulacje, niedopowiedzenia, insynuacje, stronniczy i sugestywny sposób przedstawiania faktów, często wręcz wprost objawiane polityczne sympatie, do tego nieustanne obniżanie poziomu dyskusji – wszystko w myśl zasady, że to emocje najlepiej się sprzedają. Oni jednak próbują przekonywać, że to Internet, który nie podlega kontroli, jest winny tej mitycznej „postprawdy”. I w zasadzie ciężko się dziwić takiej postawie. Internet dla mediów tradycyjnych jest bardzo nieprzyjazny, ponieważ informacje o ich wszelkich manipulacjach rozprzestrzeniają się w nim błyskawicznie, a to powoduje, że ludzie przestają im ufać, przez co tracą swój status czwartej władzy. Niektórzy twierdzą, że era „postprawdy” polega na tym, że bezwstydnie kłamiemy i nie widzimy powodów żeby tego nie robić. Nie wydaje się jednak, abyśmy kłamali zdecydowanie częściej niż wcześniej, po prostu teraz kłamstwa są bardzo szybko weryfikowane i niebagatelny wpływ ma na to Internet.

Oczywiście wielość źródeł internetowych ma swoje minusy – ludzie często nie mają czasu, żeby sprawdzić dany fakt internetowy i korzystają z wątpliwych źródeł informacji. Przez to coraz większą popularnością cieszą się nienaukowe czy pseudonaukowe teorie i kłamliwe tezy. Jest to jednak cena jaką musimy płacić za dostęp do niekontrolowanej przestrzeni informacyjnej. Internet sprawił, że wszelkie autorytety można łatwo podważyć, a to powoduje, że dziś nie wiadomo komu można zaufać.

Innym problemem Internetu jest fakt, że nie wykorzystano szansy, żeby stał się przestrzenią merytorycznej dyskusji. Zamiast tego ludzie zbierają się w społeczności o zbliżonych poglądach i okopują się w nich, nie chcąc wysłuchać zdania kogoś innego. Często, nawet jeśli już wejdą z kimś w polemikę, bardzo szybko schodzi ona do najniższych argumentów – ad personam i nikomu nawet nie przeszkadza fakt, że dawno pozbyliśmy się anonimowości w Internecie. Próżno jednak szukać gdziekolwiek wzorców merytorycznej dyskusji. Kiedyś pewne standardy wyznaczały media czy ludzie kultury. Obecnie każdy próbuje dostosować się do nowych trendów i dotrzeć do prostego człowieka, mówić jego językiem, przez co rozmowy medialne zaczynają się coraz mniej różnić od tych, jakie możemy usłyszeć w przysłowiowej budce pod sklepem. I to właśnie jest jeden z ludzkich problemów – przechodzenie ze skrajności w skrajność. Albo poprawne politycznie pustosłowie albo pozbawione kultury „walenie” prosto z mostu, albo jesteśmy lewakami albo prawakami itd…. rzadko chadzamy środkiem.

Podsumowując, „postprawda” wydaje się być zwykłą nowomową, którą rozpaczliwie próbuje stosować tracący kontrolę establishment. Jednak im szybciej zda on sobie sprawę, że takie zaklinanie rzeczywistości na niewiele się zda, tym lepiej dla niego. Jest to bowiem miecz obosieczny i tak jak dla jednych postprawdą mogą być teorie spiskowe na temat Smoleńska, dla innych będą to twierdzenia niektórych, że są im zabierane swobody obywatelskie, choć nie są w stanie wymienić jakie to swobody.

Wykop!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.




*