Bitwa o Europę, czyli wróg u bram

Fala wzbiera, napór rośnie. Politycznie poprawne media tresują sumienia Polaków widokiem martwych dzieci, zaś odpowiednie służby budapesztańskiego dworca uwijają się, by uprzątnąć pozostawiony przez nielegalnych imigrantów nieporządek. W sensie doraźnym – słusznie – bowiem porzucone w nieładzie opakowania, środki czystości czy karimaty muszą drażnić zmysł estetyczny wrażliwego obserwatora. Dokonując jednak swych spostrzeżeń z pewnego (geograficznego i intelektualnego) dystansu – jest to całkowicie bez sensu. Nadciąga bowiem bałagan, którego nawet prawdziwy tabun najbardziej gorliwych sprzątaczek – ani z Budapesztu, ani z żadnego innego europejskiego miasta między Atlantykiem a Bugiem – nie uprzątnie.

Dzisiaj, co rusz, przeglądając informacyjne witryny internetowe, przed oczami każdego z nas pojawiają się sceny, jakich udziałem staje się morski limes naszego kontynentu. Desant na tratwach, pontonach i łodziach. Marsz na północ i zachód. Ludy innego języka. Szczepy nieznanych obyczajów. Chociaż ponoć funkcjonujemy w rzeczywistości „globalnej wioski”, zetknięcie się nawet z delikatnym jeszcze exodusem odprysków innych cywilizacji będzie dla autochtonów coraz większym szokiem. Twarz kobiety płaczącej, że nie może pójść do pracy, a jej dzieci do szkoły, to dopiero zapowiedź ogólnoeuropejskiej rozpaczy nad śmiercią rodzimego – nawet jeśli już od dekad wykoślawionego – sposobu funkcjonowania. Bezradność, która każe tylko wyciągać dłoń z nowiutkim smartfonem, nagrywając toczącą się nieopodal regularną bitwę między przedstawicielami plemion. Nie wiedząc nawet o co chodzi. Zupełnie nie rozumiejąc o co toczy się walka. Otumanieni Europejczycy są tylko biernymi obserwatorami. Mężczyzna wykrzykujący po angielsku w stronę śniadych twarzy rozpaczliwe i pełne rezygnacji frazy o terenie prywatnym i wtargnięciu. Czy cokolwiek z tego rozumieją? To nagrania z wyspy Lesbos, gdzie ponad 2500 lat temu urodziła się Safona. To nagrania z Grecji, gdzie rodziła się Europa.

Dane mówią, że zdecydowana, przygniatająca większość z nich, to młodzi mężczyźni. Złośliwi zapytują – jak to jest, że uchodźcami z terenu wojny są ci, którzy teoretycznie powinni na niej walczyć… Gdzie ich dzieci, kobiety, rodziny? Czym będą zajmować się w Europie, gdy już ich do niej wpuścimy? Co potrafią? Jakich zawodów zamierzają się podjąć? Czego możemy się po nich spodziewać? Duży procent stanowią ludzie wywodzący się z tak egzotycznych krajów jak Erytrea czy Afganistan. Jak się z nimi porozumieć – nawet, kiedy już nauczą się któregoś z europejskich języków? Przecież nie jest chyba dla nikogo tajemnicą, że na gruncie pewnego kodu kulturowego nie spotkamy się nigdy. Nie ważne, czy damy im darmowe Iphone’y i ubierzemy w dresy Nike’a. Nie zrozumieją nas, nawet w najbardziej uproszczonej i zdegenerowanej kondycji naszej cywilizacyjnej formuły, która obecnie stała się motywem funkcjonowania społeczności Starego Kontynentu. My nigdy nie pojmiemy ich – dla nas zawsze będą nieprzewidywalni i dzicy. I nie trzeba tłumaczyć, że „oni są różnorodni”. Tak – mieszkaniec Damaszku może być zupełnie niepodobny do wieśniaka spod Kandaharu, a murzyn z Somalii całkowicie odmienny w swych obyczajach od chrześcijanina z Mosulu, ale przecież nie o to idzie… W swej masie, przekraczając granice Europy są już czymś zupełnie innym, niż do tej pory. Niekontrolowalnym, zbitym tłumem. Zjawiskiem, rzuconym w twarz nieznanego sobie świata. Świata, który – z natury rzeczy – będą starali się sobie podporządkować, aby nie zginąć.

Choć pod względem politycznym sytuacja jest zupełnie inna, a historia przecież nie powtarza się nigdy, chyba że w malowniczych pejzażach publicystów, to często eksploatowany motyw wędrówki ludów z przełomu starożytności i wieków średnich wydaje się być niezwykle sugestywnym, trafiającym do wyobraźni. Niektórzy, nie od dzisiaj, kreślą nawet wizję zaistnienia pewnej dziejowej szansy rewitalizacyjnej dla Europy. Otóż zdegenerowany Kontynent, trawiony przez postmodernizm i dekadencję, po raz kolejny – jak niegdyś zdrowym duchem Germanów i Słowian – mógłby oderwawszy kolejny zastrzyk sił życiowych, powrócić do zdrowej i umocowanej na konkretnych fundamentach fazy wzrostu, rozwoju, krecji. Stare elity, chore społeczeństwa i ich zasady muszą umrzeć, jako zgniłe i przebrzmiałe. Rzym jest wieczny – w Bizancjum, w Państwie Franków, w Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego, w Rosji, w Sułtanacie Rum, napoleońskiej Francji czy Włoszech Mussoliniego. Może nawet w Unii Europejskiej? Zapewne kwestia interpretacji. Jadą w każdym razie na swoich drewnianych wozach, a wola by ich zatrzymać jest bardzo słaba. Zresztą wielu z nich jest tutaj już od dekad. Bogate prowincje okupują się, jak Rzym Alarykowi, na kilka lat przed splądrowaniem Miasta przez Wizygotów.

Jednak czy kreślenie takich wizji to nie nic innego, jak właśnie ta współczesnoeuropejska dekadencja? Po cóż ubierać upadek w misterne konstrukty. Ja w każdym razie, jako dwudziestoparolatek, czuję się na nie zwyczajnie „cywilizacyjnie” zbyt stary. Oby ziemia dawnego Imperium rozstąpiła się i obrała inny kształt, by ci co przyjdą po nas żyli już w innym – pod każdym względem – świecie, nie dając nam przetrwać nawet w legendzie. Mam nadzieję, że jeśli umrzemy, to umrzemy już po raz ostatni – i nikt nie będzie więcej kalał kolumnad forum swoimi poniewczesnymi odwołaniami. Jeśli mamy zginąć, niech będzie to śmierć ostateczna. Jednak nie usprawiedliwiajmy jej i walczmy o naszą Europę do końca. Nie dajmy w sobie przewartościować zagrożenia w intrygujące intelektualnie wizje, czy ironiczny, postmodernistyczy „śmieszkizm”. Nic nie jest tak ważne, jak to.

Walka toczy się o styl życia. Coś, czego w ferworze codziennych walk nie doceniamy. O sprawy fundamentalne i błahe. O religię i kulturę – o gatunki słuchanej muzyki i sposób ubierania się. O to co i kiedy jemy i pijemy – a także o naszą wiarę czy nasze zwątpienia. O sposoby kontemplacji, modlitwy – oraz rodzaje rozrywek, zabaw. Już niedługo ostateczne, decydujące czasy walki w obronie jedynego świata jaki znamy – i jedynego, jaki tak naprawdę chcemy sobie wyobrażać, jedynego, w jakim moglibyśmy żyć. Stajemy w przededniu wielkiej Bitwy o Europę. To ostatnia chwila, by zastanowić się, jaką broń wziąć w swe ręce i jakie pole walki obrać, zanim rozgorzeje ona na rynku naszego miasta.

Mikołaj Kamiński
(Tekst wcześniej publikowany na portalu: Kierunki.info)

Wykop!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.




*